Kontynuacja publikacji: Szczyt bezczelności w Ryglicach
Pijany prezes upadającej spółki
Kiedyś gigant turystyczno-hotelarski, dziś na skraju upadku. Wizerunku agonalnego stanu „Polskich Tatr”, spółki skarbu państwa w Zakopanem, dopełnia jej pijany prezes, działacz PiS z Tarnowa.

źródło: Tygodnik Podhalański
Publikowane tu zdjęcia nietrzeźwemu prezesowi Polskich Tatr wykonaliśmy dzień po wizycie policji, 14 listopada br. około godz. 13.30. Był w gabinecie swego zastępcy. Miał tam uniknąć spotkania ze stróżami prawa lub dziennikarzami.
Fot. Bartek Jurecki
13 listopada około godz. 14 komuś puściły nerwy i zawiadomił policję. Patrol pojawił się w siedzibie spółki skarbu państwa „Polskie Tatry” kilkanaście minut później. Wyszedł z kwitkiem, bo do badania alkomatem podstawiono zamiast prezesa, jego zupełnie trzeźwego zastępcę. Pół godziny później, gdy z anonimowego telefonu policjanci dowiedzieli się, że zostali oszukani, wrócili do firmy, żeby badaniu poddać już prawdziwego szefa spółki. Nie zgodził się. Bronił się, że jest już po pracy. W notatce policjanci zapisali, że czuć było od niego alkohol.
Nazajutrz prezes znów pojawił się w pracy pijany. – Wiem, co się dzieje, nie mam na to wpływu, jest mi wstyd – mówił dziennikarzowi Tygodnika Podhalańskiego jego zastępca, który prosił, żeby odstąpić od próby rozmowy z prezesem. Z obawy przed kolejną wizytą policjantów i dziennikarzy, chwiejącego się na nogach szefa zamknięto w gabinecie wiceprezesa. Przez kilkadziesiąt minut obserwowaliśmy z ukrycia jego zachowanie. Ledwo się trzymał na nogach. Po południu ktoś wywiózł go z siedziby firmy. Dowiedzieliśmy się, że pojechał do Tarnowa. W sobotę 15 listopada nie pojawił się na zebraniu Rady Nadzorczej. Członkom Rady relację zdawał jego zastępca.
– Poinformował nas o wizycie policji i negatywnym wyniku badania alkomatem. To tyle – usłyszeliśmy od jednego z jej członków. Potwierdziło to przypuszczenia, że mimo deklaracji, składanych dzień wcześniej dziennikarzowi „TP”, wiceprezes spółki będzie krył swojego przełożonego. Rada Nadzorcza spółki nie wykazała specjalnego zainteresowania sprawą, zwłaszcza że wybierała tego dnia spośród swego grona nowego przewodniczącego, który kategorycznie bronił prezesa i bagatelizował całą sprawę. Jak się później dowiedzieliśmy, wcześniej ucztowali wspólnie w karczmie należącej do spółki w Dolinie Białego.
Szwagier czy kolega
Marian Wachta został prezesem spółki Polskie Tatry w czerwcu tego roku. Do Zakopanego przyjechał z Tarnowa. Ostatnio był dyrektorem administracyjnym w Wyższej Szkole Biznesu, wcześniej kierował Tarnowską Agencją Rozwoju Regionalnego. Był też kierownikiem urzędu rejonowego w czasie, gdy obecny minister skarbu Aleksander Grad był wojewodą tarnowskim. To znajomość obu panów z tamtych czasów zaowocowała prawdopodobnie nową posadą w Zakopanem, choć w „Polskich Tatrach” mówi się, że obu panów łączą jakieś więzy rodzinne.
– Słyszałem, że Wachta chwalił się, że Grad to jego szwagier – mówi anonimowo jeden z pracowników spółki. Nie potwierdziliśmy jednak tej hipotezy. Na pewno nie było to partyjne rozdanie, Grad jest działaczem Platformy Obywatelskiej, Wachta jest na kilkudziesięcioosobowej liście Rady PiS w Tarnowie – To jest niezwykła kariera, którą trudno rozgryźć – mówi Marek Ciesielczyk, były radny w Tarnowie – Jedno jest pewne – ten człowiek miał problemy z alkoholem. Pamiętam nawet jakiś wypadek pod wpływem, ale szczegółów panu nie podam – Marian Wachta znany jest też w redakcji „Temi”, lokalnego pisma, ukazującego się na terenie Tarnowa. – Choć to nie jest głupi facet, nigdy nie był jakimś poważnym politycznym graczem w Tarnowie. Miał kiedyś problemy alkoholowe, ale chyba z tego wyszedł po tym, jak miał wypadek. To stara sprawa z czasów, gdy kierował urzędem rejonowym. Tuszowali ją wówczas starannie – mówi Jerzy Kosiba, dziennikarz.
Kariera polityka PiS
W „Temi” nie pamiętają, co było powodem odejścia Wachty z Tarnowskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Odpowiedź znajdujemy w korespondencji marszałka województwa małopolskiego. W lipcu 2004 roku Janusz Sepioł pisał w tej sprawie do Iwony Tworzydło, radnej województwa małopolskiego. „TARR SA jest spółką akcyjną z udziałem województwa małopolskiego. Pomimo podejmowanych prób poprawy sytuacji TARR S.A, kondycja tej spółki nadal jest niekorzystna. W roku 2003 przychody ze sprzedaży spadły (…) Spółka zamknęła się stratą, pogłębiając straty z lat poprzednich” – tłumaczy Sepioł sprawę odwołania Wachty i powołania na jego miejsce nowego prezesa. Michał Wojtkiewicz, starosta tarnowski, tak podsumowywał działalność tej Agencji Rozwoju: – To sztuczny twór, który z czasem stał się swoistą przechowalnią dla polityków, którym akurat nie znaleziono innej pracy za zasługi. W majestacie prawa wyprzedano majątek, żeby się utrzymać.
Jerzy Kosiba z „Temi” wspomina też inne funkcje, jakie pełnił Wachta: – Przez pewien czas był nawet radcą prawnym w Kurii w Tarnowie. Ostatnio był ważną postacią Wyższej Szkoły Biznesu Pawłowskiego, dziś filia w Tarnowie jest na skraju bankructwa.
Konkurs na stanowisko prezesa „Polskich Tatr” rozpisano w kwietniu tego roku. Zgłosiło się 6 osób. Nie było wśród nich Mariana Wachty. Mimo że wśród startujących znalazło się wielu fachowców z ciekawym dorobkiem zawodowym, konkurs uznano za nierozstrzygnięty. Dwa miesiące później powtórzono go. Tym razem do listy 10 kandydatów dołączył prawnik z Tarnowa, Marian Wachta. Wygrał. Na stanowisko jego zastępcy powołano Andrzeja Komańskiego z Krakowa. – To było jakieś dziwne rozdanie – mówi anonimowo osoba od lat związana ze spółką Polskie Tatry. – O tym, kogo nam tu zesłano, przekonaliśmy się już w sierpniu tego roku. Facet zamieszkał w hotelu na Antałówce i zaczął pić. To był koszmar. Przychodził zalany do pracy, któregoś dnia nawet wysyłał po wódkę panią Bożenkę, sekretarkę. Gdy odmówiła, posłał placowego. Informację potwierdzamy w dwóch kolejnych źródłach. – Niedawno zarząd Polskich Tatr zakwaterował się w willi „Zosia”. Pensjonat zamknięto odtąd dla turystów – mówi nasz rozmówca. Informację tę sprawdzamy telefonicznie. W „Zosi” nikt nie odbiera telefonu. Dzwonimy więc do sąsiedniego „Białego Potoku”. Pytamy o możliwość zakwaterowania w willi „Zosia”. Recepcjonistka informuje, że „Zosia” wyłączona została z oferty „Polskich Tatr”.
Równia pochyła
Smutnego krajobrazu spółki dopełnia tragiczna sytuacja finansowa. Gdy w latach 90. „Polskie Tatry” powstawały, nie miały sobie równych w branży turystycznej. Najlepsze hotele, atrakcyjne nieruchomości. To był na tamte czasy znakomicie przeprowadzony pomysł na utworzenie silnej firmy turystycznej, opartej na luksusowych obiektach hotelowych należących wcześniej do Urzędu Rady Ministrów i części majątku gminnego. Biały Potok, Telimena, Zgorzelisko, (niegdyś strzeżony przez wojsko hotel w Tatrach, w granicach parku narodowego). Nigdzie w Polsce taka spółka z udziałem skarbu państwa nie powstała.
Czas jednak płynął szybko. Gdy w „Polskich Tatrach” wymieniano kolejnych prezesów, tuż obok rosły nowoczesne hotele, powstawały prywatne, prężne agencje turystyczne. I nagle okazało się, że nowoczesna, luksusowa baza hotelowa spółki „Polskie Tatry” to już przeszłość. Biały Potok o standardzie przypominającym czasy późnego Gierka, z charakterystycznym zapachem ksylamitu w budynku. Zgorzelisko wiecznie bez gości, opuszczone i podupadające. Warszawianka, niegdyś perła w centrum miasta, dziś przypominająca raczej melinę, aniżeli pensjonat (jedno jest pewne – tutaj dawno nie zaglądał sanepid), a w tym wszystkim dyrektorzy i kierownicy poszczególnych obiektów stający na głowie, żeby nie tracić wpływów. Dzięki nim, mimo że spółka z roku na rok stawała się coraz mniej konkurencyjna, przez lata nie traciła płynności finansowej. Gwoździem do trumny okazał kredyt, który obciążył hipotekę wszystkich nieruchomości „Polskich Tatr”. W niewyjaśnionych do dziś okolicznościach wprowadzona do spółki inwestycja „Aqua Park” na dobre pogrążyła finanse firmy. 37 mln zł kredytu musiało powalić tę spółkę. 300 tys. zł spłaty co miesiąc to gigantyczne pieniądze. Banki nie znają litości. Kilka dni temu kredyt trafił do puli ryzykownych, a to znak, że żarty się kończą. Problemy finansowe firmy nie przeszkodziły zarządowi znacznie podnieść sobie wynagrodzenia – prezesi zarabiają teraz czterokrotność średniej krajowej (około 12 tys. zł brutto).
A zabawa trwa
Pracownicy spółki są w trudnej sytuacji. Nie wiedzą, jak zachować się wobec pijanego szefa. Jedni nabierają wody w usta, inni szepczą i łapią się za głowę. Mieli nadzieję, że sobotnie spotkanie Rady Nadzorczej coś zmieni. – Miałem pewność, że odwołają tego człowieka. Tymczasem powołali nowego przewodniczącego Rady, i tyle. Za chwilę wszyscy stracimy pracę – żali się pracownik spółki. Podobnie jak inni, prosi o anonimowość, boi się o pracę. Zakopane ma w „Polskich Tatrach” mniejszościowe udziały, w Radzie Nadzorczej dwóch przedstawicieli, a więc niewiele do gadania.
Spółka chwieje się na nogach, podobnie jak jej szef, który jeszcze w październiku tego roku na łamach Głosu Małopolski mówił: – Dużym sukcesem dla mnie byłoby, gdyby mieszkańcy Zakopanego wyciągnęli rękę i powiedzieli, że mi trochę ufają, że wierzą w moje czyste intencje. Wówczas z ogromną radością będę współpracował z mieszkańcami Zakopanego, aby angażować się we wszystkie pozytywne działania, nawet te nieszablonowe.
Jurek Jurecki
Prezes postawił raczej na te nieszablonowe działania. Niewykluczone, że cierpi na chorobę alkoholową. Świadczą o tym ciągi, w jakie wpada. Opowiadają o nich ludzie, którzy go dziś otaczają. Być może walczy ze sobą, ale w firmie, gdzie nietrudno o karczmę, restaurację, pokusy będą czyhać na każdym kroku. Można mu współczuć. Jednak na prowadzenie w „Polskich Tatrach” eksperymentalnej terapii stawka jest zbyt wysoka. Zakopane ma w tej spółce zbyt wiele do stracenia, żeby marnować czas.
Jurek Jurecki
artykuł ukazał się w „Tygodniku Podhalańskim” 20.11.2008